Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2011

Myśli kilka...

Nie mogę się rozstać ze swoim blogiem. Pisałam prawie codziennie i teraz mi tego brakuje, tak samo jak zdezorganizowanej indyjskiej organizacji, kolorów, choasu, hałasu, krów ;) i niekończących się przygód. W związku z tym podzielę się z Wami kilkoma jeszcze obserwacjami, które poczyniłam i nawet zapisałam sobie w notesiku, ale nie miałam chyba okazji w żadnym poście ich opublikować.

1. Jeśli w Indiach chce Ci się spać, możesz się położyć gdziekolwiek :) Ludzie śpią w najróżniejszych miejscach (część pewnie dlatego, że nie ma wyboru...) - na chodniku, na ladach sklepowych, na ławkach na stacji kolejowej...

2. Większość Europejczyków (a na pewno żeńska część) chciałaby być bardziej brązowa niż jest, a w Indiach im człowiek bielszy tym ma wyższy status społeczny, w związku z czym wszyscy zazdroszczą nam jasnej karnacji. Kupując jakikolwiek kosmetyk do pielęgnacji twarzy lub ciała trzeba uważać, bo większość z nich jest wybielająca! :)

3. Publiczne dłubanie w nosie, plucie, bekanie, puszczanie bąków i sikanie na każdy murek są w Indiach społecznie akceptowane i jak najbardziej dopuszczalne... (Co niekoniecznie umilało mi np. podróże pociągiem).

4. Mowa ciała i język gestów różnią się od powszechnie rozumianych w Europie. Pytam raz panią w autobusie, czy powie mi gdzie mam wysiąść, a ona na to kręci głową tak jak my na 'nie' tylko trochę w innej płaszczyźnie (dla zobrazowania możecie zobaczyć sobie filmik tutaj: The Indian head bob :)). Ruch ten w większości wypadków oznacza zgodę lub 'tak', ale czasem może też znaczyć 'może', 'nie wiem' albo 'nie'... i jest bardzo zaraźliwy! Przez miesiąc też tak machałam głową ;)

5. Publiczne okazywanie sobie uczuć jest w Indiach niedopuszczalne, chyba, że wśród mężczyzn. Często widzi się chłopaków trzymających się za ręce, opierających sobie głowę na ramieniu, trzymających jeden drugiego podczas rozmowy za kolano... :) I nie, nic z tych rzeczy, są heteroseksualni. Tak po prostu zachowują się przyjaciele.

6. Pojęcie prywatności w Indiach nie istnieje. Na każdym kroku jesteś obserwowany. Często ludzie podchodzą bardzo blisko i po prostu otwarcie się gapią. Czasem, gdy zatrzymywaliśmy się na nocleg u rodzin, bywało, że nie odstępowali nas przez cały dzień na krok, a szczególnie wnikliwie obserwowali mnie, gdy starałam się znaleźć coś w plecaku, co wymagała wyjęcia z niego kilku, czasem osobistych, rzeczy :)

7. Każdy prawdziwy facet MUSI mieć wąsy. W związku z czym 90% męskiej populacji takowe posiada, szczególnie jeśli sprawują jakąś ważną funkcję, jak np. policjant czy żołnierz.

8. Biurokracja i formalności zajmują bardzo dużo czasu. W każdym hotelu trzeba wypełnić długi formularz żeby się zameldować, a w Darjeeling nawet potrzebne są do tego celu dwa zdjęcia legitymacyjne! W kawiarenkach internetowych często wymagają kopii paszpotu, nawet jeśli chce się skorzystać z komputera tylko na chwilę.

Na koniec jedno z moich ulubionych zdjęć z wycieczki...

Możliwe, że niedługo podzielę się z Wami czymś jeszcze :)

czwartek, 14 lipca 2011

Ostatni przystanek: Delhi

Pociąg z Khajuraho do Delhi był dopiero o 18.15, więc mieliśmy cały dzień na zobaczenie tego, czego jeszcze nie zobaczyliśmy w Khajuraho. Upał był niesamowity, ale postanowiliśmy, że jeszcze jakoś wytrzymamy i wybraliśmy się na wycieczkę rikszą do wschodnich i południowych świątyń. Szczerze mówiąc, po obejrzeniu głównej atrakcji miasteczka - kompleksu świątyń zachodnich - wyżej wymienione nie robią zbyt dużego wrażenia, ale i tak zawsze przyjemniej coś nowego zobaczyć niż desperacko czekać na pociąg w hotelu ;).

Pociąg był cywilizowany, tzn. czysty i prawie pusty, więc noc minęła nam w miarę szybko. Do Delhi mieliśmy dotrzeć o 5.30, ale znów byliśmy na miejscu dwie godziny później, z czego nawet byłam zadowolona, bo mogłam trochę dłużej pospać ;) Budżet pozwolił nam na koniec na trochę lepszy hotel niż zwykle, w związku z czym przyzwyczajamy się do cywilizacji w klimatyzowanym pokoju z wi-fi, śniadaniem i kolacją w cenie :)

Delhi po dwóch miesiącach pobytu w Indiach robi całkiem inne wrażenie niż na samym początku. Chyba nawet mi się tu podoba :) Jest czysto (no chyba, że mój czujnik wyznaczający standardy czystości się popsuł... w domu będę jadła z podłogi! ;)), zielono, ruch uliczny wcale nie jest taki dziki i nawet bez większych problemów udaje nam się przejść przez ulicę. Gdy dwa miesiące temu wylądowaliśmy w Delhi baliśmy się trochę tego, co przed nami... o Indiach mieliśmy pojęcie takie, jak przeciętny europejczyk (tzn. bardzo błędne) i byliśmy onieśmieleni tłumami chcącymi nam coś sprzedać, podwieźć, itp. Dziś pewnie idę przed siebie, wchodzę do sklepów, jeśli mam ochotę, targuję się, jeśli mi się coś podoba... W Indiach trzeba być pewnym siebie i nie dać sobie "w kaszę dmuchać". Jeśli ty się nie wepchasz, ktoś inny wepcha się przed ciebie... Jeśli nie wymusisz pierwszeństwa, nigdy nie przejdziesz przez ulicę :) W sklepach najlepiej mieć w głowie z góry ustaloną cenę jaką jesteśmy za daną rzecz gotowi zapłacić (moje kalkulacje zwykle opierały się na polskich cenach minus średnio 50%) i upierać się przy swoim... W większości wypadków stawało na moim, chyba, że cena, którą byłam gotowa zapłacić była faktycznie za niska, wtedy sprzedawca nie dawał się przekonać i transakcja zazwyczaj nie dochodziła do skutku...

To już koniec naszej wyprawy... :( Jutro w nocy mamy lot powrotny. Z jednej strony chce mi się do domu, do czystego łóżka i czystej łazienki... Z drugiej... wiele bym dała, żeby móc tu zostać jeszcze troszkę dłużej. Mimo że nie wszystko w 100% mi się w Indiach podobało, była to zdecydowanie wycieczka warta każdego grosza, każdej nieprzespanej nocy i każdego siniaka ;) Jest to kraj tysiąca sprzeczności, wzbudzający tyle emocji i dostarczający tyle wrażeń, że nie wiem jak uda mi się powrót do szarej, mało ekscytującej rzeczywistości...

Wyprawa dobiegła końca, ale jeszcze kilka postów na moim blogu się pojawi. Będzie podsumowanie wycieczki, trasa, spostrzeżenia i informacje praktyczne, więc nie przestawajcie mnie odwiedzać :)

wtorek, 28 czerwca 2011

Jaipur po raz drugi

Podróż z Jodhpuru do Jaipuru tym razem odbyła się bezboleśnie. Pociąg na czas, klimatyzowany, czysty... 6 godzin minęło błyskawicznie. W Jaipurze bylismy już na samym początku naszej wycieczki, ale udalismy się tu po raz drugi w celu odwiedzenia naszych przyjaciół ze Shresthy :) Wymyśliliśmy, że fajnie byłoby kupić im jakieś drobne prezenty, więc nasza pierwszą misją było znalezienie sklepu z zabawkami i z kartkami okolicznościowymi (Nitesh miał wczoraj urodziny).

Zostawilismy plecaki w przechowalni bagażu na dworcu kolejowym i wybralismy się na poszukiwania. Sklep z zabawkami znaleźliśmy całkiem przypadkiem i było w nim całe mnóstwo różnych fajnych rzeczy (zaskoczona byłam zaopatrzeniem). Turyści raczej tego miejsca zbyt często nie odwiedzają, więc cała obsługa w ilości mniej więcej 10 panów, którzy akurat siedzieli na środku sklepu w kółeczku i jedli obiad, była wniebowzięta. Od razu zaproponowali nam herbatkę i cierpliwie pokazywali wszystko, co chcieliśmy. Najlepsze było to, że w sklepie były ceny. Normalne, cywilizowane, nie dla turystów :) Ostatecznie kupiliśmy dziewczynkom Nitesha kolorowanki, komplet kredek i po parę spinek do włosów. Przy okazji wypatrzylismy gumki do ścierania w kształcie Kubisia Puchatka, Prosiaczka, itd. i wykupiliśmy ich cały asortyment - 40 szt, żeby rozdać dzieciakom ze Shresthy :) Znalezienie kartki urodzinowej było trudniejsze, bo kartki nie są zbyt popularne w Indiach (powiedziano nam, że teraz to wszyscy mailem sobie życzenia składają, ot jaki cywilizowany kraj ;)), jednak ostatecznie się udało. Jako, że nie wiedzielismy co kupić oprócz kartki, postanowilismy włożyć w nią 1000INR (60zl) jako dotację na dzieciaki. Ostatnim punktem programu było znalezienie papieru do zapakowania kolorowanek i to też było dość dużym wyzwaniem, bo w Indiach nie ma supermarketów, w których jest wszystko, ale za to jak już znaleźliśmy miejsce, w którym był papier, to pan nam nawet sam osobiście nasze prezenty zapakował :)

Zanim wzięliśmy rikszę do domu Nitesha (Nitesh mieszka 15km za miastem), odwiedziliśmy jeszcze Vinayak Guest House - hostel, w którym spędziliśmy kilka nocy, gdy miesiąc temu byliśmy w Jaipurze. Jest to jeden z najlepszych hosteli, w jakich mieliśmy okazję nocować w całych Indiach, prowadzony przez bardzo sympatyczną rodzinkę, więc chcieliśmy opowiedzieć im swoje wrażenia po miesiącu wędrówki. Przyjęli nas bardzo ciepło, oczywiście pamiętali, zrobili herbatkę... pogadaliśmy, wymieniliśmy się mailami... może kiedyś wrócimy :)

Znalezienie rikszarza, który nie chciałby wyciągnąć od nas zbyt dużo pieniędzy jak zwykle zajęło nam trochę czasu, ale jako, że teraz mamy już wprawę, to wszystko odbyło się na naszych warunkach. Po odebraniu odebraniu plecaków i wyjściu z dworca oczywście obstąpiła nas chmara kierowców; powiedziałam, gdzie chcemy jechać i za ile (250INR - 15zl, bo takie są mniej więcej realne stawki za 15km), to oni oczywiście na to, że to za daleko na rikszę i że taksówką trzeba (za ponad 2 razy tyle ile mieliśmy zamiar zapłacić), to ja na to, że "acha, to na razie, na pewno za 2 minuty znajdzie się ktoś chętny za rogiem", odeszliśmy jakieś 10 metrów i już kilku zaczęło za nami biec i krzyczeć, że "no dobra!" - tak się w Indiach robi interesy ;) Teraz już nie łatwo mnie naciągnąć, nie mniej jednak, zawieranie jakichkolwiek transakcji w Europie jest o wiele szybsze i łatwiejsze :)

Po wyściskaniu się, rozdaniu prezentów i naszych podróżniczych opowieściach zostalismy nakarmieni pysznym domowym tym razem nie ryżem :) Ciekawe, że czuję się prawie jak u siebie - po miesiącu ciągłego zmieniania otoczenia miło jest zobaczyć coś znajomego i porozmawiać z ludźmi, którzy są zdecydowanie zadowoleni, że nas widzą... Jutro odwiedziny u dzieciaków ze Shresthy!

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Jodhpur - niebieskie miasto i szafronowe lassi

Jodhpur jest miastem, które jedni uwielbiają, a inni nie widzą w nim nic ciekawego. Moje wrażenie leży gdzieś po środku - Fort Megrangarh jest niesamowity, ale poza tym jest tu zdecydowanie za dużo ludzi, naciągaczy, krów, rikszy i motorów. Dojście gdziekolwiek zajmuje 3 razy tyle czasu ile normalnie zajęłoby w Europie, bo ciągle ktoś lub coś wchodzi ci w drogę.

Fort Megrangarh jest jednym z największych fortów w całych Indiach i robi naprawdę ogromne wrażenie. Położony jest na wzgórzu i góruje nad miastem. Bilet wstępu kosztuje 300IRN (18zl), w cenę wliczony jest audio guide, czyli przewodnik w formie nagrania (każdy dostaje swoje słuchawki i we własnym tempie zwiedza). Zazwyczaj takie audio guides nie są zbyt fajne, ale ten był naprawdę świetny - przystępnie opowiedziana historia, wywiady z ludźmi związanymi z fortem... W forcie jest kilka "pałaców", a właściwie sal pałacowych - pięknie dekorowanych, z dbałością o każdy szczegół. Nawet miecze są tak piękne, że aż szkoda byłoby ich używać :)


W Jodhpurze jest też bardzo ładny ratusz, wokół którego rozpościerają się bazary z najróżniejszymi rzeczami - od kosmetyków poprzez ubrania i biżuterię po przybory kuchenne. Stąd to całe zamieszanie. Poruszanie się wokół ratusza wymaga dużo cierpliwości i umiejętności unikania krów, skuterów oraz sprzedawców za wszelką cenę chcących wcisnąć nam np. sól :) Udało nam się jednak dotrzeć do miejsca, w którym wg Lonely Planet sprzedają najlepsze lassi w całym Radżastanie lub nawet w całych Indiach. Lassi to napój przyrządzany z jogurtu, wody i przypraw i może mieć różne smaki - niektóre są słone, inne słodkie. Jodhpur słynie z makhania lassi, czyli lassi o smaku szafronowym - trudne do opisania, ale bardzo dobre :)

Po lassi powłóczyliśmy się trochę po bazarach, poszliśmy na obiadokolację do miejsca również polecanego przez Lonely Planet (Haveli Guest House - polecam :)), a teraz siedzimy na tarasie naszego hotelu i pijemy zimne piwo... nie chcę wracać do domu! :)

czwartek, 23 czerwca 2011

A miało być tak pięknie... Udaipur

15.45, czekamy na autobus. 16.00 autobusu nie ma... nie ma, nie ma... W końcu przyjeżdża pół godziny spóźniony, z powodów bliżej nie określonych, bo miejsce, w którym czekamy jest punktem startowym. Cała gromada ludzi z jeszcze większą gromadą bagażu rzuca się do drzwi. Po chwili zaczynają wrzeszczeć na siebie na wzajem i na obsługę autobusu, bo w torbach mają chyba cały swój dobytek, co niestety nijak nie chce się zmieścić ani do luków bagażowych, ani pod łóżkami (autobus typu 'sleeper' ma łóżka zamiast siedzeń). Obserwujemy całe to zamieszanie, aż w końcu mówią nam, że swoje plecaki mamy wziąć do środka, bo i tak będziemy się przesiadać. Przesiadać??? O tym nie było mowy wcześniej! No, ale wyboru za bardzo nie ma... Rozlokowuję się na swoim 50x170cm łóżeczku (tym razem są to łóżka pojedyncze), razem ze swoimi dwoma plecakami, wkładam muzyczkę w ucho i zmęczona wydarzeniami poprzednich kilku nocy (znaczy imprezami w Bombaju) zasypiam. Po jakich 2 godzinach budzi mnie ogólne zamieszanie, tzn. przesiadamy się, już! Wsiadamy do drugiego autobusu, całkiem niezłej klasy, klimatyzacja jest, w miarę czysto... Tym razem plecaki już mieszczą się do bagażnika, więc mam więcej miejsca. Jest mi dość wygodnie i myślę sobie, że jest to najbardziej cywilizowany autobus, w jakim do tej pory byłam! Zatrzymujemy się w punkcie serwisowym, gdzie są "restauracje". Postanawiam zaryzykować zjedzenie lokalnego "czegoś" w rodzaju wielkiego pieroga z ostrym sosem (który bardziej przypomina zupę pomidorową, która opryskuje mnie jak tylko biorę to to do ręki). Obsługuje nas jakieś 7 osób, przy czym wszyscy stoją nad nami i patrzą jak jemy i pytają czy dobre. Staramy się także kupić ciastka na drogę, ale pan w sklepie jest tak zachwycony widokiem białych ludzi, że zaprasza nas za ladę, wyciąga komórkę i zaczyna nam robić zdjęcia, po czym daje komórkę D., obejmuje mnie swoją brudną łapą, przytula się do mnie i chce zdjęcie ze mną zdjęcie! Po sesji w końcu udaje nam się kupić ciastka i wracamy do autokaru.

Po 3 godzinach budzę się, bo jest mi straszliwie gorąco. Powietrze z nawiewu leci bardzo słabiutko... aż w końcu przestaje w ogóle. Jest 1 w nocy, gdy kończy mi się cierpliwość, więc idę do kierowcy dowiedzieć się co się stało z klimatyzacją. Nie ma! Popsuła się i nie ma... ale mogę sobie usiąść w otwartych drzwiach skaczącego po wybojach autobusu, to będzie mi lepiej. Wściekam się i wracam na miejsce, po drodze pociesza mnie jakiś pan mówiąc, że jemu też gorąco i że klimatyzacji nie ma! Po 2 godzinach jazdy w saunie (okna w klimatyzowanych autobusach się nie otwierają, więc było gorzej niż w ostatnim nieklimatyzowanym sleeperze), zatrzymujemy się w kolejnym punkcie serwisowym... Wysiadając nabijam sobie siniaka na pół nogi i tym razem najwyraźniej wyglądam na średnio przyjaźnie nastawioną do otoczenia, bo nikt nie próbuje nawet słowem się odzywać. Po chwili przybiega kierowca i mówi, że zmieniamy autokar! ...Znaczy przesiadamy się do tego samego, w którym rozpoczęliśmy podróż, który miał do Udaipuru nie jechać, ale teraz już jedzie! Autokar jest załadowany po brzegi bagażami i znów każą nam wziąć plecaki do środka. Okazuje się, że jest więcej ludzi niż miejsc, więc upychają po 2 osoby na jedno łóżko!! I tak nie mam już swojej przestrzeni... do rana ciśniemy się z D. na jednoosobowym łóżku z całym bagażem i przeklinamy autobus i wszystkich wokół. Przynajmniej jest klimatyzacja... (tym razem chcą nas zamrozić, ale na szczęście mam śpiwór). Ok 9 rano (w Udaipurze wg informacji na stronie mieliśmy być o 8.30) rozluźnia się, bo krzykacze z nadmiarem bagażu wysiadają. Znów mam swoje łóżko i wreszcie na chwilę udaje mi się zasnąć. Ok. 12 zatrzymujemy się, więc wstaję myśląc, że może już dojechaliśmy albo że przynajmniej znowu zatrzymaliśmy się w punkcie serwisowym, bo strasznie chce mi się siku. Nie tylko mi, więc owszem, jest to przystanek na siku, tyle, że na środku pola. Wszyscy mi kibicują i mówią, że no idź, czemu nie chcesz, przecież wszyscy sikają na środku (wszyscy są facetami, ew. kobietami w sari, więc im jakoś się udaje). Mówię, że jednak mi się odechciało i wracam na miejsce. Widząc, że wreszcie się obudziłam mój sąsiad z górnego łóżka postanawia mnie pozabawiać rozmową i udaje mu się na tyle, że w końcu poddaję się i myślę, że wyśpię się później. D. się budzi i w końcu we 3 zaczynamy grać w karty. I nadaj jedziemy... i jedziemy...

O 15, czyli po 22,5 godz. drogi i 6,5 godz. opóźnienia nareszcie docieramy na miejsce! Przystanek jest pod siedzibą firmy przewozowej (gdyby ktoś po przeczytaniu mojej relacji nadal miał ochotę skorzystać z usług owej firmy nazywa się ona Shrinath Travels), więc idę do biura powiedzieć im jakie mam zdanie na ich temat i pytam gdzie mam złożyć reklamację. Patrzą na mnie jak na wariatkę i mówią, że przecież o co w ogóle chodzi... mój sąsiad z górnego łóżka idzie mi pomóc (nie żeby sam chciał się kłócić, też patrzy na mnie jakbym postradała wszystkie rozumy...), rozmawia z nimi w lokalnym języku i w końcu przekonuje mnie, że nic nie wskóram i że jedyne co mogę zrobić to iść do hotelu wreszcie się wyspać... OK myślę... Napiszę maila do centrali... (pewnie mnie zignorują, ale przynajmniej będzie mi na duchu lżej... ;))

Docieramy do hotelu, który na szczęście okazuje się cywilizowany i nawet nie trzeba się kłócić o wi-fi. Jest i działa mimo że nie sezon i że monsun... Przyjemna temperatura, trochę pada... ale jest mi wszystko jedno, bo nareszcie mam prysznic i łóżko, które nie rusza się i nie podskakuje!

Gdy już trochę doszliśmy do siebie, wybraliśmy się na wieczorne zwiedzanie okolicy. Udaipur jest inny niż wszystkie miasta, w których do tej pory byliśmy. Trochę jak z bajki... mnóstwo wąskich krętych uliczek i pracowni artystycznych. A główną atrakcją jest pałac położony nad jeziorem, zobaczenie którego warte było wszystkich męk! Pięknie oświetlony, niesamowicie położony... Chyba najpiękniejsza budowla jaką do tej pory w Indiach widziałam... Kilka godzin temu przeklinałam Indie i gotowa byłam kupić bilet powrotny do domu nawet na jutro, a teraz.. Teraz siedząc na tarasie, pijąc cywilizowaną herbatę z cywilizowanej importowanej z Europy torebki, myślę, że zostało już tylko nieco ponad 3 tygodnie i wcale nie chce mi się wracać!





wtorek, 21 czerwca 2011

Bombaj

Mam nadzieję, że nie mogliście się doczekać nowej notki! ;) ....której nie było, bo w Bombaju jest tak fajnie, że nie miałam czasu!

Ostatnie dwa dni upłynęły nam na włóczeniu się po mieście w ciągu dnia i nocnych imprezach. Bombaj, w porównaniu do innych miast, które do tej pory odwiedziliśmy ma sporo ciekawych budynków i jest o wiele bardziej 'europejski' (co nie zmienia faktu, że tutaj także wszyscy się cieszą widząc moje białe nogi i próbują robić mi zdjęcia).

Największą atrakcją okolicy są Elephanta Caves, znajdujące się na wyspie, godzinę drogi statkiem od Bombaju. Jest to kilka jaskiń poświęconych Shiwie - hinduskiemu bogowi. W pierwszej - największej i stanowiącej główną atrakcję zarazem - zachowały się piękne rzeźby z około V wieku (zdania są podzielone). Statków jest mnóstwo, a na jaki się trafi to już inna historia... nasz np. miał siedzenia, które przy większych falach się przewracały, pasażerowie razem z nimi (w związku z czym mam kilka nowych siniaków, ale po miesiącu jeżdżenia lokalnymi środkami transportu, podskakującymi na wybojach to żadna nowość). Fale były takie, że momentami myślałam, że statek się przewróci... ale nie bałam się o siebie, tylko o aparat ;) Szczęśliwie dopłynęliśmy do celu, a tam, oprócz jaskiń było też pełno małp, które tym razem wcale miłe nie były. Widziałam jak jedna małpa-terrorystka skoczyła na panią, zabrała jej butelkę z wodą, wyszczerzyła zęby, odkręciła i sobie wypiła! Droga powrotna była trochę mniej ekscytująca... tzn. fale nadal były, ale tym razem trafił nam się statek z siedzeniami przytwierdzonymi do pokładu ;)


Wieczorami (i nocami ;)) razem z innymi Couchsurferami szukaliśmy atrakcji w Bombajskich klubach. Niestety, poniedziałek i wtorek nie są najlepszymi dniami na imprezy, w związku z czym znalezienie jakiegokolwiek miejsca otwartego po północy graniczyło z cudem... przemierzyliśmy miasto wzdłuż i wszerz... przenosiliśmy się w coraz to inne miejsca, które wszystkie miały być otwarte (wg taksówkarzy, a potem okazywało się, że jednak nie są)... i dobrze się bawiliśmy do 4 rano ;)

Dzisiaj opuszczamy Bombaj i kolejnym zapewne fantastycznym autobusem (tym razem z klimatyzacja) jedziemy do Udaipuru. 16 godzin... no cóż, przynajmniej będę miała czas na odespanie ostatnich 3 dni ;)

czwartek, 16 czerwca 2011

Anjuna - stolica hippisów.. i skuterów ;)

Rano okazało się, że w Calangute oprócz klubów, wysokich cen i hałasu są też komary, które w nocy podstępnie pogryzły mi całe nogi. Mam nadzieję, że nie mają malarii. Nadal lał deszcz, więc postanowiliśmy przenieść się gdzie indziej. Wyczytaliśmy w przewodniku, że miasteczka na północ od Calangute są mniej turystyczne i spokojniejsze (o nie! chyba się starzeję - jeszcze kilka lat temu byłabym szczęśliwa widząc pub na pubie i klub na klubie...), w internecie znaleźliśmy fajny (tzn. tani, z dobrymi referencjami i z internetem hotel) i właśnie tam się udaliśmy.

Anjuna to mała wioska, w której właściwie nie ma nic, oprócz słomianych chatek i ludzi oferujących marihuanę na każdym kroku. Podobno jest to stolica hippisów :) W każdym razie jest tu bardzo spokojnie, jest świetna restauracja z grillowanym kurczaczkiem (huraaa! nie trzeba jeść ostrego ryżu :)), nasz hotel, a właściwie to taki mały domek, znajduje się w środku dżungi (tzn. takie ma się wrażenie), po ścianach chodzą jaszczurki, na zewnątrz cykają cykady... plaża jest brzydka, tzn. morze jest szare, wszędzie śmieci i ogromne fale.. ale to podobno wina monsunu. Właściwie to i tak nie lubię pływać w soli :) Tutaj też przez pół dnia lało, ale miła pani z naszego hoteliku pożyczyła nam parasolki i właściwie zanim na dobre gdziekolwiek się wybraliśmy to się rozchmurzyło.

Jedząc grillowanego kurczaka i obserwując okolicę (co drugi pojazd to motor/skuter), doszliśmy do wniosku, że dla rozrywki też wypożyczymy sobie skuter. Nic prostszego - 100m od restauracji stały skutery, pytam pana czy można wypożyczyć... "A jeździć umiecie?... To pokażcie".. no to pokazaliśmy :) (najpierw D., potem ja - aaaaale faaaajnie byłoooo! ;)). Kask? Nie ma, no problem. Czyli jak zwykle. Umowa? Nie no, a po co, przecież to Indie. Ale.. "you fall down, you pay" (przewrócisz się, płacisz) ;) I tak za 200IRN/24godz (12zl!!!) mamy swój własny środek transportu ;) Zwiedziliśmy wszystkie okoliczne wioski (w których też nic nie ma), pojeździliśmy slalomem między krowami i psami, które z jakiegoś powodu wszystkie razem wzięte lubią sobie leżeć na środku drogi... Acha, bo w Indiach reguły panujące na drodze są następujące: pierwszeństwo ma najsilniejszy i największy, czyli autobus i ciężarówka, dalej samochód, potem riksza, następnie motor/skuter, a na końcu pieszy... Ale przed autobusem i ciężarówką jest jeszcze coś... KROWA :) Święta krowa ma prawo leżeć sobie na środku drogi gdzie tylko sobie zażyczy i nikt się nie denerwuje, nie dziwi, nie przegania jej... Krowa może wszystko!

Zaopatrzyliśmy się dziś także w zapas rumu indyjskiej produkcji za 6zl i z powodu braku lepszego zajęcia, będziemy dziś w naszej dżungli cieszyć się internetem, oglądać jaszczurki jedzące komary (w śmierdzące odstraszacze tych drugich także się zaopatrzyliśmy) i pić rum :)

środa, 15 czerwca 2011

Niespodzianka :)

Ku naszej wielkiej radości okazało się, że zamiast o 7.15 rano, pociąg z Mangalore do Madgoan (Goa) przyjechał na miejsce o 19.15 ;) Coś się komuś pomyliło w pierwotnych obliczeniach :) Tak więc jednak nie musieliśmy spędzić kolejnej nocy w podróży.

Wysiadamy z pociągu, a tu... wielki tropikalny deszcz. Chyba przyjechał z nami. Madgoan jest 45km od Calangute - miejsca, w które chcieliśmy dotrzeć. Mieliśmy w perspektywie rikszę na dworzec autobusowy, autobus do Panaji, a potem kolejny do Calangute (co teoretycznie powinno wg przewodnika zająć dwie godziny, czyli pewnie ze 4 w praktyce) lub taksówkę prosto do Calangute za 1000IRN (60zl). Biorąc pod uwagę późną porę i lejący deszcz, wybraliśmy opcję drugą. I całe szczęście, bo znalezienie sensownego noclegu okazało się nie takie proste...

Calangute to typowe miasteczko żyjące tylko i wyłącznie z turystów. Nastawione jest najwyraźniej na imprezowiczów, bo są tu same restauracje, bary i kluby i właściwie nic poza tym. Acha, są też niesamowite ceny - trzy razy wyższe niż na południu Indii. Ostatecznie, głownie dlatego, że po 24-godzinnej podróży nie mieliśmy już za bardzo siły chodzić z plecakami w deszczu, zdecydowaliśmy się na hostel za najwyższą stawkę, jaką do tej pory zapłaciliśmy za noc - 870IRN (ok 47zl) i nie jest to wcale jakieś niesamowite miejsce...

Jutro idziemy na oględziny miasteczka (damy mu szanse.. ostatecznie w nocy w deszczu nic nie widać :)) i na poszukiwanie fajniejszego lokum :)

niedziela, 5 czerwca 2011

W krainie palm - Kovalam

Nie żartowali z tym deszczem. Wstaję, a tu pada... ciepły, tropikalny deszcz, wielkimi kroplami. Na razie nie mam nic przeciwko :) Nie pada non stop, więc nic nie szkodzi.

Po śniadaniu (znowu musiałam przetrwać atak ostrego ryżu, tyle, że tym razem w formie ryżowych zlepków) Ted zawiózł nas na przystanek skąd wzięliśmy autobus do Kovalam. Kovalam to małe turystyczne miasteczko, prawie na samym południu Indii (do samego "czubeczka" jest jakieś 80 km). W chwili obecnej, z racji monsunu wszystkie hotele i restauracje stoją opustoszałe, w związku z czym, od razu po wysiąściu z autobusu mieliśmy 50 ofert wynajmu pokoju. Ostatecznie daliśmy się namówić na pokój z widokiem na morze (i dwie palmy wchodzące na balkon :)), z moskitierą nad łóżkiem i z internetem... i to wszystko tylko za 300INR czyli 18zl! :)

Poza ofertami pokojów, dostaliśmy też ofertę kupienia ananasów i mango (pani z miską owoców ugania się za nami wzdłuż plaży), a także marihuany (stary pomarszczony pan oferuje nam za każdym razem jak tylko nas widzi ;)). Popływaliśmy też w morzu (a ja dostarczyłam atrakcji lokalnym panom, jak również indyjskim turystom, rozbierając się do stroju kąpielowego ;)), pouciekaliśmy przed dwumetrowymi falami... piasek jest CZARNY! A to podobno z powodu monsunu. Biały będzie jak się skończy pora deszczowa (jakim sposobem nagle zamieni się w biały nie wiem :)). Mimo tego, że niby nie sezon, jest tu całkiem przyjemnie (jak ktoś nie potrzebuje do szczęścia tłumów ludzi) i chyba posiedzimy tu kilka dni, żeby odpocząć od ciągłego pakowania się, itd.

Autobusem do Trivandrum

Ostatni dzień w Bangalore minął nam bardzo szybko. Wstaliśmy dość późno, z racji tego, że poprzedniej nocy do 4 rano oglądaliśmy z Rezą na wzajem swoje (fantastyczne) zdjęcia ;) Reza też się zajmuje fotografią i wie o wiele więcej ode mnie (co zainspirowało mnie do nowyh eksperymentów i poszukiwań). Potem trochę powłóczyliśmy się bez celu po uliczych marketach (tyle fajnych rzeczy jest do kupienia, że chyba będę musiała wysłać paczkę!), zrobiliśmy zapasy na drogę i pora była się pakować.

Autobus do Trivandrum mieliśmy o 21.00 i mimo że daliśmy sobie godzinę (chociaż google maps mówi, że 21 minut wystarczy), na miejsce zbiórki, z powodu zakorkowania całego miasta, dotarliśmy dokładnie w momencie, gdy autobus już ruszał! Pomachaliśmy mu, popodskakiwaliśmy i nas zabrał ;) Ufff... a w środku taka cywilizacja jakiej polskie autobusy w większości nie widziały! Klimatyzacja, siedzenia rozkładane prawie do pozycji leżącej, kocyki... i gniazdko gdzie można sobie podłączyć laptopa :) Firma nazywa się KPN, bilet kosztule 1100INR/os. (66zl), 13 godzin jazdy z Bangalore do Trivandrum (13 wg tego, co mówią na stronie, a tak naprawdę wyszło chyba ze 14). Tak czy inaczej, zdecydowanie przyjemniej niż w pociągu :) Nie licząc ludzi chrapiących wokół (po dwóch tygodniach w plecaku jest taki "porządek", że zatyczki do uszy cieżko znaleźć...).

Całą noc spędziłam ze słuchawkami w uszach żeby zagłuszyć chrapaczy, więc średnio się wyspałam, ale za to jak rano otworzyłam oczy, to przywitał mnie niesamowity widok - mnóstwo palm, plantacje bananów, pagórki na horyzoncie i małe chatki ze słomianymi dachami! Chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tylu palm! :) Kolejny region Indii.. i kolejny "inny" świat :) Niestety w tym świecie znów jest straszny upał, a do tego wilgotność taka, że cały czas czuję się jak w wannie!

Ted (Couchsurfer, u którego się zatrzymaliśmy) odebrał nas z przystanku, nakarmił, potem była mała drzemka (bo w takim upale w dzień nic nie da się robić), a wieczorem zabrał nas na plażę i do Trivandrum. Obejrzeliśmy zachód słońca, popodziwialiśmy ogrooomne fale (z powodu monsunu, który już się tu zaczął, woda raczej średnio nadawała się do pływania)... a potem pozwiedzaliśmy samochodem centrum Trivandrum. Miasteczko samo w sobie całkiem przyjemne - taka miniaturka Bangalore, jest w nim wszystko, ale jest zdecydowanie mniejsze, ale na dłuższą metę nie ma tutaj co robić.

środa, 1 czerwca 2011

41 godzin w pociagu...

Bangalore! Wreszcie! Usiedzenie w jednym miejscu przez 41 godzin z hakiem nie jest wcale takie proste... dobrze, ze potrafie spac zawsze i wszedzie, wiec co najmniej z 24 godz z tej calej podrozy przespalam ;)

Pociag, nie liczac tego, ze byl brudny, byl calkiem przyjemny - z klimatyzacja i z pietrowymi lozkami (tzn polkami szerokosci ok 50 cm). Przedzialow jako takich nie ma, tzn. sa ale nie ma w nich drzwi, wiec tak jakby nie bylo :) Jeden "przedzial" to 8 osob - od wejscia do wagonu po lewej dwa miejsca wzdloz korytarza (dwa lozka jedno nad drugim), a po prawej tak jak w polskich pociagach naprzeciw siebie 3 miescja i 3 miesjca (po 3 lozka nad soba). My na szczescie mielismy te miejsca wzdluz korytarza i jak sie odgrodzilismy zaslonka, to bylo prawie jak w przedziale 2 osobowym ;)

Na noc wdrapywalam sie na swoja gorna poleczke, zawijalam w spiworek (byly nawet koce, przescieradla i poduszki, ale jakiej czytaosci latwo sobie wyobrazic :)), przytulalam sie do plecaka z aparatem, wkladalam muzyczke w uszy.. i bylo znosnie :) Ostatnia noc minela bardzo szybko - polozylam sie ok 23 z nudow (w dzien jest straszliwie nudno...), a 12 godz pozniej obudzily mnie radosne okrzyki "Bangalore, Bangalore!" :) Radosc byla z powodu, ze na tablicy wyswietlilo sie, ze do Bangalore juz tylko 67km :) Wszyscy wstali, zaczeli sie pakowac, myc (w umywalne z watpliwej czystosci woda przy jeszcze bardziej watpliwej czystowsci kibelku)... i godzine pozniej w koncu dojechalismy!

W Bangalore na oko o jakies 10 stopni chlodniej (uuuuf nareszcie!) i o wiele bardziej zielono :)

Pierwsza misja to znalezienie europejskiego jedzenia (moze byc nawet McDonald's albo Pizza Hut!!), bo po 8 dniach jedzenia ryzu na sniadanie, obiad i kolacje, ryzu ktory jest tak ostry, ze ledwo da sie go przelkac, moj zoladek na sama mysl sie zaciska i odmawia wspolpracy... (tak przy okazji, jedzenie w pociagu jest ohydne!!)... pozastaja banany (ble.. ale chyba nic mi sie pozostaje jak je tymczsowo polubic :) lepsze banany niz wypalajacy przewod pokarmowy ryz ;)).

Acha, jeszcze ciekawostka: Indyjski pociag, gdy postanowi ruszyc ze stacji, to po prostu zaczyna wolniutko jechac. Nie ma zadnego gwizdka, ani nic w tym rodzaju. Ludzie patrza, ze odjezdza to wskakuja w biegu na schodki, albo jeszcze czekaja chwilke (bo jeszcze cos kupuja, etc) i potem gonia pociag i dopiero wskakuja ;)

O klasach pociagow i rezerwacji biletow bedzie innym razem, bo teraz jestem w kafejce (z tego tez powodu nie ma w tym poscie polskich znakow) i pora juz skonczyc... i isc szukac bananow ;)

niedziela, 29 maja 2011

Taj Mahal

Przed 6.00 zwlekliśmy się jakoś z łóżka i nasz kierowca zawiózł nas pod Taj Mahal. Sama budowla fantastyczna - cała z marmuru, symetryczna.. i ogroooomna! Przy wschodzącym słońcu wyglądała pięknie. Niestety, jak to w takich miejscach bywa, chmara dzieciaków i handlarzy nie odstępowała nas na krok, co było jak łatwo się domyślić denerwujące. Tak czy inaczej, Taj Mahal to zdecydowanie budowla, której będąc w Indiach po prostu nie można nie zobaczyć :)


Po Taj Mahalu kierowca przejechał koło fortu w Agrze i powiedział, żebyśmy sobie zrobili zdjęcie przez okno samochodu (wchodzić do środka nie chcieliśmy, bo znów straszne ceny wstępu, a fortów się naoglądaliśmy, ale mówiąc, że chcemy zobaczyć z zewnątrz mieliśmy na myśli wysiąść z samochodu i pochodzić wokół), a następnie chciał pokazać nam fabrykę marmuru (co jest wersją oficjalną, a zawsze kończy się na tym, że pokazują najpierw jak wyrabiają różne przedmioty, a potem namawiają, żeby je kupić). Marmurów kupować nie mieliśmy zamiaru, więc od razu powiedzieliśmy żeby wracał do Jaipuru, bo znów powoli mieliśmy dość upału i jego pomysłów odnośnie tego gdzie by tu nas jeszcze zawieźć żeby zgarnąć prowizję.

Lekcja nr 1: trzymać się z daleka od wszelkiego rodzaju agencji i biur turystycznych, bo nawet jeśli oferta brzmi atrakcyjnie, to zazwyczaj i tak chodzi o to, żeby zedrzeć z turysty jak najwięcej pieniędzy. Z biletami do Bengalore było tak samo - kupili nam w końcu, ale mimo że przewidywaliśmy, że miały kosztować po ok. 2000INR (+800INR prowizji!!!!) od osoby, a ostatecznie kosztowały po ok 250 INR mniej (przynajmniej wg tego co na bilecie jest napisane), ale i tak policzyli sobie po cenie takiej jak na początku przewidzieli! Tak więc jak najdalej od AMAN TOUR & TRAVELS, Ac-4, Gayatri Sadan, Sawai Jaisingh Highway, Banipark, Jaipur.