Po poniedzialku pelnym wrazen na planie filmowym, wtorek przywital nas czarnymi chmurami i strugami deszczu. Do tej pory monsun wydawal sie niestraszny - popadalo od czasu do czasu, ale nie byly to jakies straszne ulewy. Tym razem jednak, jak lunelo, to padalo non stop przez kilkanascie godzin. Fort Cochin w deszczu i z dala od kamer i swiatel nie ma zbyt wiele do zaoferowania, w zwiazku z czym postanowilismy, ze pora udac sie dalej.
Kupienie biletu na pociag w ostatniej chwili graniczy z cudem (najblizsze wolne bilety byly na za 3 dni), wiec postanowilismy pojechac autobusem. Udalo nam sie zarezerwowac przez internet ostanie wolne miejsca (z biletami na autobusy dlugodystansowe tez sa problemy) i o 20.30 wyruszylismy w droge do Mangalore. W Mangalore wlasciwie nie ma nic, ale jest to miasto lezace po drodze do Goa i jest dosc dobrym wezlem komunikacyjnym. O 6 rano, po przybyciu na miejsce (i calej nieprzespanej nocy, bo albo chrapacze, albo droga dziurawa i autobus podskakuje tak, ze spada czlowiek z siedzenia) znowu zastal nas deszcz, wiec od razu pojechalismy na dworzec kolejowy w poszukiwaniu biletow na najblizszy pociag do jakiegokolwiek miasta w stanie Goa. Udalo sie :) Po 1.5 godzinnym staniu w kolejce D. zdobyl bilety i za trzy godziny wyruszamy w dalsza droge. Znow przed nami caly dzien i cala noc w podrozy... ale czego sie nie robi, zeby dotrzec do - jeszcze piekniejszej - krainy palm, niebieskiej wody i zlotego piasku :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociag. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 czerwca 2011
środa, 1 czerwca 2011
41 godzin w pociagu...
Bangalore! Wreszcie! Usiedzenie w jednym miejscu przez 41 godzin z hakiem nie jest wcale takie proste... dobrze, ze potrafie spac zawsze i wszedzie, wiec co najmniej z 24 godz z tej calej podrozy przespalam ;)
Pociag, nie liczac tego, ze byl brudny, byl calkiem przyjemny - z klimatyzacja i z pietrowymi lozkami (tzn polkami szerokosci ok 50 cm). Przedzialow jako takich nie ma, tzn. sa ale nie ma w nich drzwi, wiec tak jakby nie bylo :) Jeden "przedzial" to 8 osob - od wejscia do wagonu po lewej dwa miejsca wzdloz korytarza (dwa lozka jedno nad drugim), a po prawej tak jak w polskich pociagach naprzeciw siebie 3 miescja i 3 miesjca (po 3 lozka nad soba). My na szczescie mielismy te miejsca wzdluz korytarza i jak sie odgrodzilismy zaslonka, to bylo prawie jak w przedziale 2 osobowym ;)
Na noc wdrapywalam sie na swoja gorna poleczke, zawijalam w spiworek (byly nawet koce, przescieradla i poduszki, ale jakiej czytaosci latwo sobie wyobrazic :)), przytulalam sie do plecaka z aparatem, wkladalam muzyczke w uszy.. i bylo znosnie :) Ostatnia noc minela bardzo szybko - polozylam sie ok 23 z nudow (w dzien jest straszliwie nudno...), a 12 godz pozniej obudzily mnie radosne okrzyki "Bangalore, Bangalore!" :) Radosc byla z powodu, ze na tablicy wyswietlilo sie, ze do Bangalore juz tylko 67km :) Wszyscy wstali, zaczeli sie pakowac, myc (w umywalne z watpliwej czystosci woda przy jeszcze bardziej watpliwej czystowsci kibelku)... i godzine pozniej w koncu dojechalismy!
W Bangalore na oko o jakies 10 stopni chlodniej (uuuuf nareszcie!) i o wiele bardziej zielono :)
Pierwsza misja to znalezienie europejskiego jedzenia (moze byc nawet McDonald's albo Pizza Hut!!), bo po 8 dniach jedzenia ryzu na sniadanie, obiad i kolacje, ryzu ktory jest tak ostry, ze ledwo da sie go przelkac, moj zoladek na sama mysl sie zaciska i odmawia wspolpracy... (tak przy okazji, jedzenie w pociagu jest ohydne!!)... pozastaja banany (ble.. ale chyba nic mi sie pozostaje jak je tymczsowo polubic :) lepsze banany niz wypalajacy przewod pokarmowy ryz ;)).
Acha, jeszcze ciekawostka: Indyjski pociag, gdy postanowi ruszyc ze stacji, to po prostu zaczyna wolniutko jechac. Nie ma zadnego gwizdka, ani nic w tym rodzaju. Ludzie patrza, ze odjezdza to wskakuja w biegu na schodki, albo jeszcze czekaja chwilke (bo jeszcze cos kupuja, etc) i potem gonia pociag i dopiero wskakuja ;)
O klasach pociagow i rezerwacji biletow bedzie innym razem, bo teraz jestem w kafejce (z tego tez powodu nie ma w tym poscie polskich znakow) i pora juz skonczyc... i isc szukac bananow ;)
Pociag, nie liczac tego, ze byl brudny, byl calkiem przyjemny - z klimatyzacja i z pietrowymi lozkami (tzn polkami szerokosci ok 50 cm). Przedzialow jako takich nie ma, tzn. sa ale nie ma w nich drzwi, wiec tak jakby nie bylo :) Jeden "przedzial" to 8 osob - od wejscia do wagonu po lewej dwa miejsca wzdloz korytarza (dwa lozka jedno nad drugim), a po prawej tak jak w polskich pociagach naprzeciw siebie 3 miescja i 3 miesjca (po 3 lozka nad soba). My na szczescie mielismy te miejsca wzdluz korytarza i jak sie odgrodzilismy zaslonka, to bylo prawie jak w przedziale 2 osobowym ;)
Na noc wdrapywalam sie na swoja gorna poleczke, zawijalam w spiworek (byly nawet koce, przescieradla i poduszki, ale jakiej czytaosci latwo sobie wyobrazic :)), przytulalam sie do plecaka z aparatem, wkladalam muzyczke w uszy.. i bylo znosnie :) Ostatnia noc minela bardzo szybko - polozylam sie ok 23 z nudow (w dzien jest straszliwie nudno...), a 12 godz pozniej obudzily mnie radosne okrzyki "Bangalore, Bangalore!" :) Radosc byla z powodu, ze na tablicy wyswietlilo sie, ze do Bangalore juz tylko 67km :) Wszyscy wstali, zaczeli sie pakowac, myc (w umywalne z watpliwej czystosci woda przy jeszcze bardziej watpliwej czystowsci kibelku)... i godzine pozniej w koncu dojechalismy!
W Bangalore na oko o jakies 10 stopni chlodniej (uuuuf nareszcie!) i o wiele bardziej zielono :)
Pierwsza misja to znalezienie europejskiego jedzenia (moze byc nawet McDonald's albo Pizza Hut!!), bo po 8 dniach jedzenia ryzu na sniadanie, obiad i kolacje, ryzu ktory jest tak ostry, ze ledwo da sie go przelkac, moj zoladek na sama mysl sie zaciska i odmawia wspolpracy... (tak przy okazji, jedzenie w pociagu jest ohydne!!)... pozastaja banany (ble.. ale chyba nic mi sie pozostaje jak je tymczsowo polubic :) lepsze banany niz wypalajacy przewod pokarmowy ryz ;)).
Acha, jeszcze ciekawostka: Indyjski pociag, gdy postanowi ruszyc ze stacji, to po prostu zaczyna wolniutko jechac. Nie ma zadnego gwizdka, ani nic w tym rodzaju. Ludzie patrza, ze odjezdza to wskakuja w biegu na schodki, albo jeszcze czekaja chwilke (bo jeszcze cos kupuja, etc) i potem gonia pociag i dopiero wskakuja ;)
O klasach pociagow i rezerwacji biletow bedzie innym razem, bo teraz jestem w kafejce (z tego tez powodu nie ma w tym poscie polskich znakow) i pora juz skonczyc... i isc szukac bananow ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)