W Kovalam dworzec autobusowy (tak samo jak komary, których nie ma, ale jednak gryzą) jest niewidoczny. Aby gdziekolwiek pojechać należy wypytać pół wioski o której i skąd jest autobus, a potem kierując się największą liczbą takich samych odpowiedzi uznać to za prawdę i udać się w wyznaczone miejsce o wyznaczonej godzinie.
Tak więc w okolicach 9.30 autobus się zjawił. Do pokonania było ok. 80km i wszyscy mówili, że za 2.5 godziny będziemy na miejscu. Po 3,5 godzinach jeżdżenia po wszystkich okolicznych wioskach i zatrzymywania się na każdym przystanku zaczęłam wątpić czy w ogóle kiedyś dojedziemy i martwić się, że może ten autobus jedzie gdzieś dalej niż Kanyakumari... ale nie, okazało się, że jeszcze z 15km... czyli kolejne pół godziny! Cała ta przyjemność kosztowała nas tylko 50 INR (3zl!!) od osoby - to była chyba najdłuższa podróż jaką przebyłam w życiu za 3zl ;) Bilety sprzedawane są w autobusie - jest specjalny pan, który zajmuje się tylko sprzedawaniem biletów i gwizdaniem :)... Acha, a autobus wygląda jak na zdjęciu poniżej. Nie ma okien, tylko kraty... a w środku ma siedzenia podwójne po jednej stronie i potrójne po drugiej i jest taki brudny, że po powrocie z wyprawy musiałam spędzić pół godziny pod prysznicem żeby doprowadzić się do porządku (i żeby moje włosy przestały przypominać jednego wielkiego dreda). Poza tym, tubylcy kierują się jakąś specjalną logiką zajmowania miejsc, której jeszcze nie odkryłam - mimo że pół autobusu jest pustego siadają jak najbliżej początku, dosiadając się do kogoś (?).