wtorek, 12 lipca 2011

Khajuraho

Po 11 godzinach snu i kilku godzinach siedzenia w restauracji hotelu Alka (najlepsza jaką znaleźliśmy w Varanasi, a byliśmy w wielu ;)) nareszcie nastała pora opuszczenia miasta świętego brudu. W pociągu dostaliśmy miejsca w przeciale z pilotem i liderem koreańskiej grupy turystów, która liczyła 32 osoby i zajmowała cały wagon :) Myśleliśmy, że jako, że byli to sami faceci, to będzie głośno i nie da się spać, a oni grzecznie najpierw podzielili się z nami swoją kolacją w postaci baaaardzo dobrego sushi i smażonych kawałków kurczaka, a potem poszli spać i nawet nie chrapali :) Tak więc wyspałam się, pociąg był 3 godziny spóźniony, ale było to nawet nam na rękę, bo zamiast o 5 rano, przyjechał o 8, więc można już było pomyśleć o podniesieniu się z "łóżka".

Khajuraho zaskoczyło nas bardzo szerokimi i bardzo czystymi ulicami, wokół których rozciągają się zielone łąki, na których pasą się wesołe czyste krowy (w przeciewieńswie do tych, żywiących się torebkami plastykowymi i śmieciami na ulicach większości miast). Po Varanasi czujemy się tu prawie jak w Europie. No, może nie licząc tego, że jako, że jest to miejsce często odwiedzane przez turystów z powodu kompleksu pięknie rzeźbionych, pochodzących z IX-XI w świątyń znajdujących się na liście UNSECO, jest tu pełno naciągaczy i co chwilę ktoś chce nam coś sprzedać. Nie szkodzi, jesteśmy już odporni :)

Odwiedziliśmy świątynie, obfotografowałam je z każdej strony... Piękne rzeźby, zdecydowanie jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Indiach :) Słońce sobie o nas przypomniało i znów wyglądamy jak raczki. Po świątyniach poszliśmy na wodę z cytryną (moje najnowsze odkrycie :)) do restauracji, gdzie jeden ze stolików znajduje się na drzewie :) Kelner był bardzo rozmowny i opowiedział nam co jeszcze można porobić w okolicy i tak następnym punktem dnia był wodospad, przy którym miały być krokodyle. Miały, ale nie było :( Przewodnik powiedział, że w czasie monsunu krokodyle siedzą w dole rzeki, a teraz droga tam jest zamknęta i zobaczyć je można będzie dopiero w grudniu. Buuu... a już myślałam, że wreszcie zobacze krokodyla! Po powrocie obstawiliśmy pana z restauracji za kłamanie - udawał, że nie wiedział, ale podejrzewam, że wiedział... Jak zwykle chodziło o to, że dostał prowizję, od kierowcy rikszy, który nas tam zawiózł za polecenie nas. Pan też chciał jakiś napiwek za to, że pomógł nam zorganizować wycieczkę do wodospadów, ale powiedzieliśmy mu, że za kłamanie nie ma napiwków. Zaprosił nas na wieczorną herbatę w ramach przeprosin, ale chyba nie skorzystamy. Kto wie, na co jeszcze będzie nas chciał naciągnąć. I jak tu komukolwiek w Indiach (nie licząc bezinteresownych w wiekszości CouchSurferów) zaufać...

Tak czy inaczej, jest tu o wiele przyjemniej niż w Varanasi. Hotel (Surya Hotel) też jest o wiele bardziej do zaakceptowania, czysty i ma nawet balkon, z którego można wyjść do ogrodu. I znaleźliśmy nawet włoską restaurację (Bella Italia) z najlepszym spagetti w całych Indiach (wygląda na to, że ostatnio zajmujemy się głównie jedzeniem ;) To chyba przez ten prawie tydzień ograniczonego jedzenia lub niejedzenia z powodu rewolucji żołądkowych).

Jutro o 18 wsiadamy w kolejny, już ostatni pociąg - do Delhi.


sobota, 9 lipca 2011

Święte miasto Varanasi

Pociąg z Darjeeling do Varanasi, nie licząc szczura, który przez pół nocy ukrywał się miedzy naszymi plecakami, był całkiem przyjemny. Z jakiegoś powodu nawet jedzenie było w nim za darmo, w dodatku całkiem dobre (czego nie można powiedzieć o jedzeniu w innych pociągach). O 1.30 w nocy wysiedliśmy w Varanasi. Tego, że jest to miejsce inne niż wszystko, co już widzieliśmy mogliśmy się tylko domyślać po tym co zobaczyliśmy już na dworcu: setki ludzi śpiących na ziemi, w brudzie, kurzu, smrodzie i niesamowitym upale (w środku nocy). Uzgodniliśmy z hotelem, że odbiorą nas ze stacji, jedyne, co mieliśmy zrobić, to zadzwonić do nich jak przyjedziemy. Zadzwoniliśmy. Hotel znajduje się 3km od dworca. Jak myślicie, ile czasu może zająć przejechanie 3km? ......... 2 godziny później, po 10 telefonach, w momencie, gdy wściekła szukałam już w przewodniku innego miejsca do zatrzymania się, pojawił się łaskawie pan z naszego hotelu. Podobno na początku kto inny został wysłany, żeby nas odebrać, ale przypadkiem pojechał na stację do oddalonego o 18km od Varanasi Muhgul Sarai.

Pan zawiózł nas do hotelu, który po nieprzespanej nocy o 4 rano wydawał nam się tak obrzydliwy, że żeby nie to, że pora była nienajlepsza na szukanie innego miejsca, od razu obrócilibyśmy się na pięcie i wyszli. Rano postanowiliśmy dać im szansę i poszliśmy restauracji należącej do hotelu, znajdującej się na dachu (z niezłym widokiem). Mimo że byliśmy jedynymi klientami zrobienie tostów i usmażenie jajka zajęło im mniej więcej godzinę, a kawę dostaliśmy 10 minut po tym jak skończyliśmy jeść. W między czasie co chwilę dzwonił restauracyjny telefon, którego nikt nie odbierał, a który miał tak denerwujący dźwięk, że w końcu podeszłam do niego i rzuciłam słuchawką (i dopiero wtedy stojący w kącie panowie raczyli zauważyć, że chyba nas to denerwuje). W drodze powrotnej do pokoju spotkaliśmy managera hotelu, który rozwalony na kanapie w samych bokserkach zapytał nas jak nam się podoba... Jak mu powiedziałam, że jest to najgorszy hotel w całych Indiach, itp. okazało się, że pan przestał rozumieć po angielsku :) ... Zaczęliśmy myśleć o zmianie miejsca, ale zważając na to, że mieliśmy tu zostać tylko dwie noce (i że jest darmowe wi-fi) na wszelki wypadek (gdybyśmy nie znaleźli nic lepszego) zmusiliśmy ich do posprzątania łazienki, która była tak obrzydliwa, że zbierało mnie na wymioty na sam widok. Poszliśmy do hotelu naszej znajomej, którą spotkaliśmy już wcześniej w Jodhpurze (przypadkiem okazało się, że znów jesteśmy w tym samym miejscu :)) zbadać stan pokoi, ale jako, że były mniej więcej tak samo "czyste" postanowiliśmy, że jakoś wytrzymamy w naszym obrzydliwym hoteliku do samego końca... (Ganga Fuji Home, gdyby ktoś miał przyjemność zawitania do Varanasi, NIE polecam).

Varanasi zostało założone ok. 3000 lat temu i jest to jedno z najstarszych nieprzerwanie zamieszkałych miast świata. Jest to święte miejsce wyznawców Hinduizmu, którzy masowo pielgrzymują tutaj, aby zmyć swoje grzechy w świętej rzece Ganges. Wielu ludzi przybywa tu, aby umrzeć, bo wierzy się, że stąd ducha idzie prosto do nieba. Większość "atrakcji" w postaci ghatów (nadbrzeżnych schodków) ciągnie się wzdłuż rzeki. Kilka razy dziennie można zobaczyć procesję niosącą na bambusowych noszach ciało, które następnie palone jest nad brzegiem rzeki (szczęśliwie są w tym celu wyznaczone dwa miejsca, więc kto nie ma ochoty oglądać palących się zwłok, może je ominąć). Prochy są wrzucane do Gangesu... Wieczorem nad brzegiem rzeki wierni zbierają się na masową modlitwę, której towarzyszy bicie bębenka, trąbka, klaskanie i śpiewy, co jak na moje ucho brzmiało jak jeden wielki hałas. Modlitwie towarzyszą kąpiele i picie świętej wody z Gangesu...

Poza obejrzeniem wieczornej ceremonii będąc w Varanasi koniecznie trzeba udać się na rejs łódką po Gangesie, najlepiej o wschodzie słońca. Tak więc, razem z czterema innymi poszukiwaczami przygód, których spotkaliśmy dnia poprzedniego, o 5 rano zjawiliśmy się nad brzegiem Gangesu. Mając nadzieję, że nie dotknie nas ani kropla tej świętej wody wsiedliśmy na łódkę i po kilkunastu minutach kłótni ze sternikami, odnośnie tego, w którą stronę chcemy płynąć (panowie chcieli nas zabrać w dół rzeki z prądem, gdzie nic nie ma, ale wiosłuje się łatwiej) wyruszyliśmy w rejs. Przez godzinę oglądaliśmy budzące się do życia miasto, ludzi kąpiących się w rzece i robiących pranie. Wschodzące słońce pięknie oświetlało lekko różowawe budynki... a w rzece płynęło sobie ciało... brrr... szczęśliwie opakowane w bambusa i przykryte. Hindusi kremują większość zmarłych, ale istnieje pięć wypadków, w których ludzie nie są kremowani, tylko wrzucani do rzeki. Są to trędowaci, ugryzieni przez kobrę, sadhu (coś w rodzaju mnicha-pustelnika-mędrca), dzieci i kobiety w ciąży.

Po rejsie, siedząc w restauracji hotelu naszych nowych znajomych (która jest o wiele przyjemniejsza niż nasza, mimo, że obsługa ma takie same żółwie tempo) wymienialiśmy się wrażeniami i zastanawialiśmy się jak się najszybciej stąd wydostać... Moje odczucia odnośnie świętego miasta (święta woda szczęśliwie mnie nie dotknęła!) są mieszane, ale raczej nie mam zamiaru nigdy w życiu tu wrócić. Zdecydowanie jest to miejsce, którego nie można nie odwiedzić będąc w Indiach, dla samego doświadczenia jego inności. Jest to miejsce odpowiadające europejskim wyobrażeniom odnośnie Indii: brud, smród i malaria. Rejs łódką był warty wstania o 4 rano, ale poza tym jest to najbardziej obrzydliwe, najbrudniejsze miasto w całych Indiach, labirynt wąskich uliczek, którymi przepychają się wielkie grube brudne krowy, obskubane psy, motory, procesje ze zmarłymi i mnóstwo ludzi. Wszędzie leżą krowie placki, ludzkie odchody, zdechłe szczury, sterty śmieci i latają chmary much. Na nosie polecam przypiąć sobie spinacz.

Bilet na pociąg mamy dopiero na jutro wieczorem, ale będziemy próbować wydostać się stąd już dziś, bo co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy... Pewnie jak zwykle się nie uda, więc chyba będę musiała zahibernować się w jakiejś w miarę znośniej restauracji i tam spędzić resztę mojego czasu w świętym mieście :)


piątek, 8 lipca 2011

Darjeeling: Trzecia najwyższa góra świata

Coś chciało żebym zobaczyła góry! Obudziłam się o 4 rano i nie mogłam spać. Zaczęło się robić widno... wyjrzałam przez okno, a tam słońce wyłania się zza szczytów! Podniosłam alarm, złapałam aparat i pobiegłam na zewnątrz robić zdjęcia. Nad Darjeeling nadal wisiała chmura, w związku z czym chronić od deszczu i siebie, i aparat, ale za to w oddali, nad szczytami, których dawno nikt nie widział świeciło słońce :) I w końcu udało się, zobaczyłam Khangchendzongę, trzecią najwyższą górę świata o wysokości 8586m n.p.m.!

---
(Teraz jesteśmy już w Varanassi, świętym mieście Indii ze świętą (i niesamowicie brudną) rzeką Ganges. Chwilowo nie mam czasu napisać nowej notki, w związku wrażeniami na temat podróży pociągiem z Darjeeling i samym mieście podzielę się z Wami niedługo... :)

czwartek, 7 lipca 2011

Darjeeling: Szczęśliwa Dolina, morze parasolek i mikro ptaszki :)

Darjeeling, dzień siódmy. Podoga bez zmian... Dziś mi się tu podoba :)

Po imbirowo-midowo-cytrynowej herbatce przymienionej przez Sonam do łóżka poczułam przypływ energii i chęć maksymalnego wykorzystania mojego ostatniego dnia w Darjeeling. Pierwszym punktem była restauracja, w której rozumieją co to znaczy rosół z makaronem, bez kapusty, marchewki, ochłapków kurczakowych, itd. Po dwóch dniach niejedzenia (z powodów sensacji żołądkowych) zupa ciężko przechodziła mi przez gardło, ale za to wpadłam na genialny pomysł fotograficzny :) Z miejsca, w którym siedziałam był idealny widok na ulicę pełną przechodniów... i kolorowych parasolek. Dopiero dzisiaj zauważyłam jak piękne są niektóre parasolki - ile mają kolorów i wzorów! :) Tak więc spędziłam chyba z godzinę robiąc zdjęcia, a rezultaty możecie zobaczyć poniżej.

Kolejnym punktem była plantacja herbaty Happy Valley Tea Estate. Szczęśliwa Dolina, jak sama nazwa wskazuje, leży w dolinie, tak więc musieliśmy zejść z naszych 2140 m sporo w dół (bo błocie i kamieniach nie było łatwo, ale obyło się bez lądowania :)). Po drodze D. wypatrzył na drzewie 5 centymetrowe na oko ptaszki, które miały długie dzióbki i jak kolibry zbierały nektar z kwiatków! Kolibrami chyba raczej nie były, ale były tak zajmujące, że spędziłam kilkanaście minut stojąc w deszczu i obserwując je z wielkim uśmiechem na twarzy (wielu przechodniów się pewnie zastanawiało co takiego szczególnego widzę w tym drzewie :)).

Zastanawialiście się kiedyś jaki proces przechodzi herbata zanim trafi do naszego kubka? Albo w ogóle jak rośnie? :) No więc rośnie na krzaczkach, które wyglądają jak mały żywopłot! Listki są ręcznie zbierane do ogromnych koszy, które każdy ze zbieraczy ma na plecach i zanoszone do "fabryki". W fabryce najpierw jest proces nawadniania listków trwający kilkanaście godzin, potem następna maszyna zwija listki, co trwa 2 godz., potem listki są suszone, a następnie sortowane. Maszyna sortująca wygląda jak ogromne sito i ma kilka poziomów. Na samej górze zostają najlepsze listki, które eksportowane są głównie do Niemiec, Finlandii i Japonii, a także do londyńskiego Harods. Im niższy poziom tym mniejsze i gorsze liski, a na samym dole zostają "śmieci", które sama widziałam jak pan zamiata miotłą do worka :) Te śmieci w dalszym ciągu są herbatą i podejrzewam, że to właśnie one trafiają do torebek. Od dzisiaj piję tyko herbatę z listków :)

Po odwiedzeniu fabryki przeszliśmy się po plantacji, a następnie zaszliśmy do małego domku - kawiarni, w której można było wypić szczęśliwą herbatę ze szczęśliwych (najlepszych!) listków :) Pani pokazała nam różne rodzaje herbaty, wytłumaczyła jak się je rozpoznaje, a potem pokazała jak się parzy. Szczęśliwe listki parzy się tylko 5 SEKUND!!! (Też nie mogłam uwierzyć). Gotuje się w garnku wodę, wrzuca herbatę, liczy do pięciu, przelewa przez sitko i gotowe! Te same listki można użyć trzy razy. Szczęśliwa herbata była tak dobra, że oczywiście nie mogliśmy się powstrzymać i kupiliśmy jej troszkę, mimo że już absolutnie nic nie mieści nam się w plecakach... :)

Droga powrotna wiodła niestety pod górę, ale było łatwiej niż się spodziewałam, a do tego spotkaliśmy rodzinkę małp z maciupkimi małpeczkami :D Tata małpa obserwował mnie uważnie i odganiał (tzn. przybierał pozycję gotową do ataku) jak tylko zbyt blisko podchodziłam do maluchów, ale i tak udało mi się zrobić kilka zdjęć :)

Wieczorem Sonam przygotowała nam kolację niespodziankę. Warzywka i pieczone ziemniaczki ze specjalnymi przyprawami, które mają dobrze podziałać na mój biedny brzuszek :) Dostaliśmy też ryżowe wino własnej domowej produkcji (o wiele lepsze niż japońskie ryżowe sake)... Jutro rano wskakujemy w jeepa i zjeżdżamy na dół, aby złapać pociąg do Varanassi :) Ciągle pada, otruli mnie i gór nie zobaczyłam, ale trochę będzie mi szkoda opuścić krainę najzieleńszej zieloności... Wrócę któregoś roku w październiku :)


wtorek, 5 lipca 2011

Darjeeling: ratunkuuu! ;)

Darjeejing, dzień piąty. Ciągle leje. Jestem przemoczona, zmarznięta i znudzona (patrzenie na deszcz i picie herbaty po pięcu dniach przestaje być zabawne...). Dlaczego jeszcze tu jestem? Otóż wydostanie się z Darjeeling nie jest takie proste. Przez dwa dni próbowaliśmy zdobyć bilety na pociąg do Varanassi, następnie na pociąg dokądkolwiek, aż ostatecznie uciekliśmy się do pomocy pana z zaprzyjaźnionej kafejki internetowej, który obiecał poprzez osoby trzecie pomóc. I wreszcie się udało. Mamy bilety, ale musieliśmy zapłacić po ponad 2000IRN (120zl)/os., bo są to bilety do samego Delhi, na pociąg jadący przez Varanassi. Biletów na ten sam pociąg do Varanassi kupić się nie dało, do Delhi tak. Nie pytajcie dlaczego :) Pociąg przyjeżdża do Varanassi o 1.30 w nocy, co życia nam nie ułatwi, a do tego jest dopiero w PIĄTEK, co oznacza, że mamy jeszcze 2,5 dnia...

Gdy już się pogodziłam z tym, że zbyt szybko się stąd nie wydostanę, postanowiłam poszukać sobie jakiejś rozrywki. Szczęśliwie pani, u której mieszkamy zlitowała się nad nami i widząc moje mokre sandały, trampki, skarpetki i pranie porozwieszane po całym domu i od trzech dni nie mające najmniejszego zamiaru wyschnąć, przyniosła nam palnik i sama ułożyła wokół niego wszystkie mokre rzeczy. Tak więc moją pierwszą rozrywką było pomaganie skarpetkom schnąć, a przy okazji ogrzewanie rąk i suszenie włosów ;)

Zabawy z laptopem i edycja zdjęć, którymi zajęłam się w następnej kolejności szybko zostały mi uniemożliwione z powodu braku prądu. Jednak chyba jestem uzależniona od komputera i od internetu ;) Pozostała mi komórka z mp3, szczęśliwie naładowana, ale niestety nie wykształciłam jeszcze bardzo powszechnej w Indiach umiejętności leżenia i patrzenia w sufit, ewentualnie w niebo (nawet z muzyką w uszach), więc postanowiłam wybrać się na sesję zdjęciową pod parasolką (parasolki były naszym pierwszym zakupem w Darjeeling).

Przyjemną stroną Darjeeling jest to, że jak już pisałam, wszyscy mają turystów w nosie i nawet gdy włóczę się sama po bazarach i różnych ciekawych zakątkach, to mam święty spokój. Tak więc obfotografowałam wszystkie okoliczne pająki, zmokłe pieski, konie, kwiatki, przyprawy, skarpetki na straganach... ;) A najbardziej podobał mi się napis na murze nawołujący do utrzymania miasteczka w czystości... i sterta śmieci pod nim :)

Pora chyba na zupę pomidorową i momos (regionalne pierogi z imbirem w środku) :)

niedziela, 3 lipca 2011

Himalajski turysta pod górą kocyków

A już sobie pomyślałam, że Indie obeszły się ze mną bardzo łagodnie... Przez 6 tygodni oprócz jednodniowego bólu głowy z powodu nadmiaru słońca absolutnie nic mi nie było. Żel do dezynfekcji rąk poszedł w zapomnienie... i podstępne żyjątka wreszcie i mnie dopadły. Tak więc ostatnie dwa dni spędziłam w łóżku z prawie 39 stopni gorączki, trząsąc się z zimna pod dwoma kocami i śpiworem. Do końca nie wiadomo czy to sprawa żołądkowa, bo w zasadzie oprócz tego, że boli mnie brzuch to nic innego się nie dzieje, ale po tabletkach na zatrucie trochę mi się poprawiło, więc mam nadzieję, że to nic poważniejszego. Tak przy okazji - w Indiach bardzo ciekawie kupuje się leki. Apteka wygląda zazwyczaj jak każdy inny sklep, czyli mieści się w obdrapanej budzie i wszystko, nawet antybiotyki, sprzedają od ręki, bez recepty. A do tego jak tanio! Flagyl, którym właśnie zwalczam żyjątka w swoim żołądku kosztuje tylko 10IRN (60gr).

Z powodu chwilowej niemocy, a także dlatego, że to już właściwie koniec naszej wycieczki i mamy już dość ciągłego przemieszczania się, Darjeeling będzie miejscem, w którym zatrzymamy się najdłużej. Do tej pory co 2-3 dni zmienialiśmy miejsce pobytu, a tutaj jesteśmy już czwartą noc i na razie się nie wybieramy nigdzie dalej. Nie licząc chmur, które zdaje się, że na stałe postanowiły zawisnąć nad miasteczkiem (niektóre też są w dole pod nami, a inne czasem wlatują nam przez okno do pokoju!) jest to bardzo przyjemne miejsce i postanowiłam, że jeśli teraz nie uda mi się zobaczyć ośmiotysięcznych szczytów, to jeszcze tu wrócę... Podobno najlepsze widoki są w październiku, bo wtedy świeci słońce i jest bardzo dobra widoczność. Tak czy inaczej, nawet pogrążony w chmurach Darjeeling ma swój urok - jest tu zupełnie inaczej niż w całych Indiach. Ludzie wydają się być zajęci sobą, są bardzo bardzo przyjaźni, nikt nas nie zaczepia, na każdym kroku można wypić prawidziwą dobrą herbatę (w przeciwieństwie do całej reszty Indii, gdzie herbatę parzy się w słodkim mleku (w skrócie); wersja z imbirem jest nawet dobra, ale herbatą to trudno nazwać :)). Jest tu pełno bazarów, w większości z ustalonymi z góry cenami, zakon tybetańskich mnichów, buddyjskie świątynie, pagody (budynki piramidki w stylu japońskim) i mnóstwo biednych zmokniętych piesków, które wylegują się w najróżniejszych miejscach - na środku ulicy, na ladach sklepowych... i na dachach domów :)

Pierwszy dzień w Darjeeling spędziliśmy włócząc się leniwie po okolicy, odsypiając pobudkę o 4 rano dnia poprzedniego i relaksując się po podróży. Dobrowolnie nawet weszłam do biura turystycznego zapytać czy nie chcą mnie zabrać na jakiś spacerek po górach (jesteśmy na wysokości 2140m n.p.m. i właściwie samemu nie można prawie nigdzie pójść; potrzebne są specjalne pozwolenia) albo chociaż na rafting (spływ tratwą po górskiej rzece). Gdziekolwiek indziej w Indiach by chcieli i to natychmiast (Good price, madam!), a tutaj pan popatrzył na mnie jak na wariatkę, uśmiechnął się od ucha do ucha i leniwym ruchem wskazał mi ulotkę, na której było napisane, gdzie może mnie zabrać w tych chmurach... do zoo :)

Tak więc następnego dnia udaliśmy się do zoo, ale nie z biurem, bo zoo jest jakieś 30 min spacerku od naszego hotelu, więc spokojnie można się tam udać na własną rękę. Może z powodu deszczu, a może dlatego, że był to już początek moich dolegliwości i gorączki, zoo mi się wcale nie podobało; obejrzenie wszystkich zwierząt (które wcale nie są jakieś niezwykłe - takie same jak w zoo w Polsce) zajęło nam jakieś 20 min. Większość zwierzaków zwinięta była w przemoczone śpiące kłębuszki i nie wyglądała na zadowolone. W zoo znajduje się także Himalajski Instytut Górski (w wolnym tłumaczeniu), a w Instytucie muzeum, w którym pokazany jest między innymi sprzęt używany podczas wypraw na Mount Everest - najbardziej podobał mi się śpiwów używany przy -50 stopiach C! (Leżąc wieczorem w łóżku z gorączką i trzęsąc się z zimna myślałam sobie, że właśnie taki by mi się przydał :)).

Popołudnie i wieczór były długie i ciężkie, ale na szczęście przenieśliśmy się do bardzo sympatycznej kwatery prywatnej (która w przeciwieństwie do hotelu, w którym spędziliśmy dwie pierwsze noce jest ciepła, pachnie kominkiem (mimo że go tu nie ma) i nie jest wilgotna), także o wiele lepiej mi się chorowało :) Wygląda to jak prywatny dom, jest nawet mała buddyjska świątynia do modlitw, z tym, że jesteśmy tu sami, właściciele mieszkają chyba na dole. Pokój, w którym mieszka Budda jest zamknęty i pani poprosiła nas, że gdybyśmy chcieli wyjść na balkon, to żeby na około. Oczywiście chodzimy na około, ale jako że drzwi mają szybki, to nie mogłam się powstrzymać od zrobienia potajemnego zdjęcia. Ta gorączka to pewnie za karę ;)


Rano czekała na nas pod drzwiami kawa :) Ja niestety jako, że nic prawie nie jadłam przez cały poprzedni dzień wolałam nie denerwować mojego żołądka, więc poszłam do Sonam's Kitchen po herbatę. Tak przy okazji (trochę reklamy :)), Sonam's Kitchen to świetna restauracja polecana zresztą przez Lonely Planet (bardzo dobre śniadanka), tych samych właścicieli, którzy wynajmują nam pokój. Z wynajmem pokoji dopiero startują (jesteśmi ich drugimi gośćmi), ale myślę, że jeśli nie spoczną na laurach, to niedługo ich kwatera także będzie w Lonely Planet :) Wracając do herbaty, gdy pożaliłam się pani, że gorączka itd. to powiedziała, że zrobi my specjalną herbatę z miodem, imbirem i cytryną. Dostałam ogromny kubek na wynos i faktycznie herbata była pyyyyyszna :)

Po zjedzeniu rosołku, żebym jeszcze za bardzo się nie przemęczała, postanowiliśmy pojezdzić kolejką turystyczną. Jest to węglowa ciuchcia, z dwoma wagonikami, której przejechanie 14 km zajmuje z postojami 2 godziny. Mieliśmy szczęście, bo akurat się rozpogodziło, więc było przynajmniej widać to, co pod nami. Cały czas zadzierałam głowę z nadzieją zobaczenia trzeciej najwyższej góry świata, ale chyba niestety naprawdę nie sezon... Może jutro :)





czwartek, 30 czerwca 2011

W zielonej krainie, z herbaty slynacej... Darjeeling

Lot do Bagdogry odbyl sie bez problemow. Jet Airways okazaly sie porzadnymi liniami - bez opoznien, sympatyczna obsluga (no, moze tylko jeszcze mogliby jedzenie dawac za darmo ;)). Na indyjskich lotniskach kontrola bezpieczenstwa jest o wiele scislejsza niz u nas - po kilka razy sprawdzaja bagaz, obszukuja domyslnie, a nie tylko jak bramka zapipczy, ale wszystko odbywa sie sprawnie i bezstresowo. Same lotniska (zarowno w Jaipurze, jak i w Delhi) dorownuja standardem tym europejskim (a w porownaniu do niektorych, sa nawet lepsze).

Z Bagdogry do Darjeeling jest 67km. Mozna wziac taksowke z dworca bezposrednio do samego celu lub dojechac do Siliguri (15km od Bagdogry), a stamtad w dalsza droge udac sie jeepem. Zadni przygod wybralismy opcje druga :) Droga do polozonego na wysokosci 2140m n.p.m. Darjeeling jest bardzo kreta, wyboista (dziura na dziurze) i caly czas wiedzie pod gore. Teraz juz wiem dlaczego nie jezdza tu zadne autobusy. Kierowca jak rajdowiec wspinal sie po serpentynach, a ja podziwialam najbardziej zielona zielonosc jaka kiedykolwiek widzialam! :) Nie ma tu palm, ale sa olbrzymie plantacje herbaty. Wszedzie! I bardzo bardzo duzo drzew. Powietrze pachnie mieta, ziolami, drzewami i swiezymi liscmi herbaty. W miare jak wspinalismy sie coraz wyzej i wyzej w dole rozciagal sie widok tak niesamowity (mimo deszczu!), ze usmiechalam sie od ucha do ucha sama do siebie :) W pewnym momencie pod nami byly chmury, a nad nami zaczynalo wylaniac sie slonce... Gdy w koncu dojechalismy (ok. 3 godzin nam to zajelo), poszlismy szukac hotelu (z cieplym prysznicem i wi-fi), ale jako, ze z plecakami ciezko sie chodzi po miasteczku gdzie wszystkie ulice ida stromo w gore lub w dol, ostatecznie poprzesatlismy na cieplym prysznicu i zakwaterowalismy sie w pierwszym lepszym hotelu polecanym przez Lonely Planet.

Pierwsze spostrzezenia: trudno w to uwierzyc, ale jest tu najzwyczajniej w swiecie ZIMNO! Bluza, dzinsy i trampki, ktore przez ostatni miesiac lezaly na dnie plecaka (i ktore juz chcialam wyrzucic) nareszcie sie doczekaly na swoja kolej!

Spostrzezenie nr 2 (wyganiaja mnie z kafejki internetowej, bo juz pozno, wiec bedzie szybko): jako, ze Darjeeling lezy bardzo blisko Nepalu i Chin, wiekszosc tutejszej ludnosci wyglada jak brazowe Chinczyki...

Czuje sie, jakbym juz nie byla w Indiach, tylko znowu w zupelnie innym swiecie! :)